wtorek, 28 czerwca 2011

Komunikat

Niestety ze względów osobistych audycja „Zwierzenia rockmana” zostaje zawieszona na okres wakacyjny.  Wiem, że to ogromna strata dla narodu polskiego, dla fanów muzyki rockowej, dla moich kolegów i koleżanek :) Moi Drodzy, bez Was ta audycja nie miałaby sensu. Tworzona jest ona dla Was i przez Was. Ogromnie cenię Wasze zaangażowanie i bardzo za to dziękuje. Tym samym życzę wszystkim udanego odpoczynku i ciekawych muzycznych odkryć. Oczywiście będę starał się zaglądać od czasu do czasu na bloga i zwierzać się Wam z moich muzycznych doznań :) Mam nadzieję, że w październiku powrócę :)

Bullet for My Valentine - Fever [2010]

Na poprzednim krążku zespół bawił się w młodego chemika, dodającego wodę do kwasu. Zbyt duża ilość nieudanych eksperymentów sparzyła część żelaznego elektoratu tej kapeli. Jednakże po dziwacznym „Scream Aim Fire” Walijczycy postanowili powrócili z nową płytą. Jakże znajomą i bliską fanom zespołu – bezkompromisową, ciężką a zarazem niesłychanie melodyjną. Producentem „Fever” jest Don Gilmore, znany ze współpracy z zespołami Linkin Park oraz Good Charlotte. Materiał został zarejestrowany zarówno w rodzinnych stronach muzyków, jak i w Los Angeles.
Otwierający album „Your Betrayal” oparty na prostym, niezwykle ciężkim riffie zadziałał na mnie jak setka spirytusu. Lepszego początku nie można sobie wymarzyć. Wejście perkusji niczym wystrzały z karabinu maszynowego i opętańczy tekst sprawia, że z ciekawością czekamy na kolejne utwory. Tego nie da się zapomnieć „Don't take your eyes off the trigger. I'm not to blame if your world turns to black. As your eyes start to blister. Theres just no hope for our final embrace. So here we are... I'm in your head...I'm in your heart!”. Rewelacyjnie wykrzyczany tekst oraz kapitalna sekcja rytmiczna – klasa światowa. Esencja metalcore’u. Ale to dopiero początek. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Następnie mamy utwór tytułowy i „The Last Fight”. Obie kompozycje zaskakują swoją melodyjnością. Ta ostatnia jest chyba najbardziej chwytliwa i melodyjna na całej płycie.



Po mocnym początku mamy spokojniejszy „A place where you belong”. Utwór rozpoczyna akustyczna wstawka gitarowa. Księżycowe intro burzy kruszący skały ryk wokalisty. Robi się gorąco, ale prawdziwe uniesienie przynosi nam czysty niczym kryształ śpiew Tucka.  Połączenie siermiężnych metalowych riffów z wyeksponowaną, delikatną linią wokalną oraz pobrzękiwaniem gitary akustycznej zapewniają utworowi muzyczną równowagę. Kolorytu całości nadają dwie melodyjne solówki. Urzekający utwór o miłości, która odeszła. Przesiąknięty smutkiem i melancholią. Absolutna perełka tego albumu.
Dalszą część płyty wypełniają równie dobre kompozycje. Świetnie prezentuje się „Pleasure and Pain”, rozbudowany „Alone” czy balladowy „Bittersweet Memories”. Na wyróżnienie zasługuje jednak mordercza końcówka albumu, „Begging for mercy” oraz „Pretty on the outside”, w których Matt daje totalny upust swoim emocjom. W moim odczuciu najlepsze utwory na krążku zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym. Szczególnie niesamowite wrażenie robi „Pretty…”. Brutalna i ekspresyjnie wykrzyczana zwrotka „…just can't believe I fell, for such a blackened heart.You played me for a fool and used me from the start. Fuck it all (fuck it all), I just want to know the truth” przyprawia o gęsią skórkę. Tym samym Tuck udawadnia, że dysponuje naprawdę nośnym, potężnym wokalem. Gitarzyści też nie próżnują, atakując nas drapieżnymi gitarowymi riffami. Wisienką na torcie, jest wieńcząca album, akustyczna wersja „The Last Fight”. Mnie osobiście balladowa wersja chwyciła za serducho.


Niestety w tej beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Na szczęście tylko łyżeczka a nie warząchew. Irytującym elementem mogą okazać się zupełnie niepotrzebne przyśpiewki typu „Ooo – ooo - ooo” (m.in. utwór tytułowy czy „Pretty on the outsider”). Jednakże, to jedyny poważniejszy mankament, do którego można się przyczepić. Nie ma tu hitów pod panienki na miarę „Tears Don't Fall”. Mimo to płyta może podobać się zarówno tłumom dzierlatek, jak i bardziej wybrednym miłośnikom ciężkiego grania.
Podsumowując, muzyka na Fever jest przepełniona nie tylko nostalgią, która zawarta jest w tekstach, ale i agresją. Chęcią wyzbycia się cierpienia. Fenomenalne instrumentalne popisy muzyków i niebanalne aranżacje utworów towarzyszą nam na każdym kroku. Wszystkie utwory niosą ze sobą niespożytą energię i okraszone są pięknymi melodiami. Nie ma tu niczego na siłę, nic nie jest robione dla zbędnego bajeru. Muzyka mknie do przodu niczym Struś Pędziwiatr. A my po przesłuchaniu całości materiału mamy ochotę odpalić krążek po raz kolejny. Nie ma mowy o znużeniu! Fever działa jak „mała czarna”. Po zmroku czy tuż przed wschodem słońca, kopie po tyłku. Całości słucha się rewelacyjnie. Nie będę porównywał go do debiutu zespołu, bo uważam, że nie ma to najmniejszego sensu. W moim odczuciu chłopcy z Bullet for My Valentine nadal potrafią zaskoczyć słuchacza, nawet tego bardziej wymagającego.

Ocena: 8/10

                        Recenzję można również przeczytać w serwisie rockmagazyn.pl

niedziela, 26 czerwca 2011

Scorpions - Lovedrive [1979]

Po słabym "Taken by Force", nie bacząc na falę krytyki, niemiecka formacja w 1979 roku wydaje swój szósty długogrający album "Lovedrive". W zespole dochodzi do przetasowania. W miejsce Ulricha Rotha zatrudniony zostaje mało znany dotąd Matthias Jabs. Z kolei do łask zespołu powraca Michael Schenker, z którym wcześniej nagrano debiutancką płytę. Płyta zawiera dziewięć stosunkowo krótkich kompozycji. A całość materiału zamknięta zostaje w niespełna 40 minutach! Różnorodna stylistyka, lawirująca niekiedy na pograniczu heavy metalu, przeplatana jest pięknymi balladami.


"Loving You Sunday Morning", utwór otwierający album, informuje nas, że nie będzie to zwyczajne szarpanie w druty i bezsensowne walenie po garach. Na wyróżnienie zasługuje tu zgrabna a zarazem porywająca solówka Matthiasa Jabsa. Gitary warczą, głowa się kiwa, ale... to dopiero początek. Nadchodzi bowiem "Another Piece Of Meat", kawałek bezsprzecznie ocierający się o heavy metalową estetykę. Świetny riff, nieszablonowe przejścia na perkusji i refren zapadający nam na długo w pamięć. Smaczku dodaje niesamowicie skrzeczący wokal Klausa Meine i niesamowicie brutalne partie gitarowe Michaela - klasyka rocka!
Zespół daje nam chwilę na wytchnienie. Z głośników wybrzmiewa "Always Somewhere". Porywająca ballada o pięknym motywie przewodnim, opowiadająca historię muzyka, który wobec natłoku pracy zapomina o swojej najdroższej. Potem, jak to zwykle bywa, niestety jest za późno, by wszystko odkręcić. Pasja przeistacza się w smutek i tęsknotę. Wszystko niby takie banalne, a mimo tego mięknie serducho. Chusteczki jednak proszę odłożyć na bok, gdyż Skorpiony fundują nam niesamowicie jadowity, wgniatający nas w fotel utwór instrumentalny - "Coast to Coast". Ten niespełna pięciominutowy kawałek, to monumentalne heavy metalowe solo Schenkera. Nie ma czasu na dłuższe egzaltacje. To dopiero początek zabawy, jaką fundują nam sąsiedzi zza zachodniej granicy.
"Can't Get Enough" charakteryzujący się szaloną sekcją rytmiczną, nietuzinkowymi solówkami przeplatającymi się ze skwierczącym wokalem i kapitalnym tekstem, który próbujemy śpiewać wraz w wokalistą: "Burnin glipshetaste of life. High energy hot feelings. Heavy sounds to feel alright. And Rock'n' Roll for Speed Kings my love. I can't get enough. We can't get enough". Totalny odjazd! Absolutny killer! Słysząc ten drapieżny riff i niezwykle jadowite bębny czekam na jeszcze więcej hardrocka! W tym momencie uzmysławiam sobie, iż obcuję z czymś wyjątkowym. Nie bacząc na ciszę nocną zdzieram gardło wraz z Klausem - i tak jest za każdym razem, gdy odpalam ten krążek.


Zespół niestety opada z sił, przejawem tego jest zdecydowanie słabszy "Is There Anybody There?" Utwór staje się monotonny przez bardzo ospałą, akustyczno-elektroniczną linię melodyczną. Sekcja perkusji wydaje się bardzo ociężała, a i wokalista nie przejawia większej chęci do śpiewania. Ten stan rzeczy jest na szczęście chwilowy. Następuje koniec naszego delikatnego cierpienia, gdyż oto bombarduje nas ostry jak brzytwa utwór tytułowy. Niesamowita galopada na bębnach w stylu Johna Bonhama (Led Zeppelin), cudowne wejście wokalu i niesamowicie wykrzyczany refren: "It's a lovedrive on wheels of fire. A lovedrive just one desire love. You drive me crazy babe". Przysłowiową wisienką na torcie jest popis umiejętności braci Schenker. Każdy po takim szaleństwie oczekuje chwili wytchnienia i... je otrzymuje.
"Holiday" to utwór zamykający płytę Lovedrive. Niewątpliwie dający przepustkę zespołowi do światowej elity mocnego brzmienia. Melodyjne, niesłychanie klimatyczne i kojące duszę partie gitarowe to miód dla każdego. Ekspresyjny a zarazem melancholijny wokal rozbrzmiewa z naszych głośników. Wokalista wzbija się na wyżyny swoich umiejętności, eksponując niesamowitą barwę wokalu, która idealnie współgra z gitarami. Księżycowe intro burzy lekkie pokrzykiwanie, wejście perkusji i gitary elektrycznej, której w początkowej fazie towarzyszy nastrojowy chórek. Na chwilę zapominamy o otaczającym nas świecie i odpływamy gdzieś daleko, daleko... Perełka tego albumu i być może najpiękniejsza kompozycja, jaką udało się wydać pod szyldem zespołu.

Od tego momentu charakterystyczny styl, jaki wypracował zespół będzie rozpoznawalny przez fanów muzyki rockowej na całym świecie. Ostre i przestrzenne brzmienie, wyrafinowane solówki gitarowe oraz nieograniczone możliwości wokalne Klausa Meine stawiają zespół obok takich sław hard rocka jak Rainbow czy Deep Purple. Natomiast sam album, łącząc brutalne partie gitary z szybko zapadającymi w ucho melodyjnymi refrenami, pięknymi balladami jest obowiązkową pozycją w każdej fonotece.

Ocena: 8/10

Recenzję można również przeczytać w serwisie rockmagazyn.pl

sobota, 25 czerwca 2011

Foo Fighters - Wasting Light [2011]


Nigdy nie byłem wielkim fanem Fightersów, dlatego do "Wasting Light" podszedłem z dużym dystansem. Okładka albumu tym razem bez rewelacji. Nałożone na siebie twarze członków zespołu wyglądają ciekawie, ale cały efekt psuje fatalny dobór kolorów. Razi po oczach! Tani chwyt marketingowy? W każdym razie, początek niezbyt zachęcający do zapoznania się z następcą "Echoes, Silence, Patience & Grace".


Płyta zawiera 11 kompozycji. Producentem został Butch Vig, współpracujący z zespołem już wcześniej na "Greatest Hits" z 2009 r. Całość materiału została zarejestrowana w garażu Dave'a. Nie dziwi zatem surowa, ograniczona brzmieniowo produkcja. O suto zastawionym stole możemy zapomnieć. A i przyprawić też nie ma czym. Jeszcze przed premierą Grohl zapowiadał najcięższy materiał w karierze. Jak się okazało, nie były to słowa rzucone na wiatr. Należy też napomknąć, że skład bandu uległ zmianie. Po 13 latach do łask powrócił Pat Smear, zostając oficjalnym członkiem Foo Fighters. Z kolei w nagraniu "I Should Have Known It" wziął udział Krist Novoselic. Bilans? Genialna Nirvana prawie w komplecie. Jednakże reklama złocistego napoju bogów sprzed kilku lat czegoś mnie nauczyła. A mianowicie tego, że "prawie" robi dużą różnicę. Jak dużą? Przekonajmy się sami...
Otwierający album "Bridge Burning" to jazda bez trzymanki. Śmierdzi punk rockiem i tanim winem. Jak każde, w kartonie czy w butelce, kończy się szybko. Zanim nasza wątroba strawi pierwszy trunek, zespół bombarduje nas singlowym "Rope". Ospały początek nie zwiastuje wielkiego przeboju. Aczkolwiek, każdy spożyty alkohol zaczyna działać po pewnym czasie... tak jest i w tym przypadku. Z każdą sekundą utwór nabiera rozmachu. Rozpędza się niczym stara parowa lokomotywa. Żywiołowo wykrzyczany refren i klimat rodem z Them Crooked Vultures (przyp. hardrockowa supergrupa, w skład której wchodzi Dave Grohl) powinien przypaść do gustu zarówno fanom Nirvany, FF jak i wspomnianego TCV.
Następnie zostaje nam zaserwowane "Dear Rosemary". To zaiste przepełniona smutkiem i bólem kompozycja. "False starts young hearts get shattered. Pick up the pieces coming down around you. You ran away, you ran away; it was right on cue" - fragment, który na długo zapada w pamięć. Serce się kraje i dusza płacze. Mimo to mamy możliwość obcować z czymś niezwykle hałaśliwym. Delikatne brzdękanie szybko zostaje złamane energicznym przejściem na perkusji Taylora Hawkinsa. Fenomenalny riff na gitarze i fragment "You got away, got away..." zaśpiewany delikatnie pod refren "Burning For You" zespołu Blue Oyster Cult. Kapitalnie! Czuć rocka lat 80-tych. Całość robi niesamowite wrażenie. Głos Dave'a zachowuje się niczym wulkan podczas erupcji. Opętańczy, a zarazem niezwykle ekspresyjny wprowadza nas w świat muzycznej ekstazy. Jest ogień!


Patrzę ukradkiem na playlistę. Pod "czwóreczką" kryje się "White Limo". Skończyła się zabawa w kotka i myszkę. Zespół pokazuje lwi pazur. Utwór bez wątpienia ociera się o heavy metalową estetykę. Jest bezkompromisowo i okrutnie. Fightersi zachowują się jak seryjni mordercy! Bez dwóch zdań jest to killer tej płyty. Do niego też postanowiono nakręcić teledysk. I to nie byle jaki, bowiem w rolę kierowcy limuzyny FF wcielił się Lemmy Kilmister. Ten jednak nie uraczy naszych uszu swoim przepitym wokalem. Przejażdżka, jaką funduje nam Lemmy nie jest tak elektryzująca, jak legendarny wypad na czarnym dwuśladzie w "Killed By Death" (przyp. Motorhead). Jest dobrze, ale bez fajerwerków. Mniejsza o klip, wróćmy do muzyki. Kolejny utwór zdecydowanie różni się od poprzedniego. "Arlandria" zaskakuje swoją melodyjnością i skocznością. Tylko spokojnie. Panowie nie zaczynają grać weselnych szlagierów. Track no.5 to idealnie wyważona strawa. Połączyć tak drapieżny gitarowy riffy z refrenem delikatnie lawirującym na pograniczu popu - majstersztyk!
Pomyślałem - rzeczywiście nagrali arcydzieło. Ale, jak mawia stare ludowe przysłowie, "nie chwal dnia przed zachodem słońca". Też tak uczyniłem. Czekam na kolejną porcję muzycznego eliksiru. Ten jednak przestaje działać. Na mojej twarzy pojawia się zniesmaczenie. Właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie recenzji. Ale jak to? Gdzie pozostałych sześć utworów? W zasadzie mogłoby ich nie być. Pomijając wzruszający "I Should Have Known It" (z udziałem Krista Novoselica), żaden z nich nie zasługuje na głębszą analizę. Mamy tu do czynienie z nudnawą zbieraniną dźwięków. Brakuje geniuszu z początku płyty. W rezultacie słuchacz dostaje jakieś 25 minut muzycznej wyżerki. Pozostały czas wypełniony zostaje bezsensownym waleniem w gary i niezdarnym uderzaniem w struny. Oklepane, balladowe wstawki w "Theese Days" czy "Walk" psują widowisko.
Po przesłuchaniu całości płyty mój stosunek do FF jest mocno ambiwalentny. Tak jak podczas II wojny światowej, tak i w chwili obecnej zjawisko Foo Fighter jest czymś niezrozumiałym. Egzaltacja nad "Wasting Light", jaka pojawia się w niektórych komentarzach, jest mocno przesadzona. Pozostaje jedynie czekać na kolejny, być może mocniejszy trunek... a może wystarczy "łyk inspiracji"?



Ocena: 6,5/10

Recenzję można również przeczytać w serwisie rockmagazyn.pl

Bogowie sześciu strun cz. 2 – „Cygański wirtuoz”

DJANGO REINHARDT

Początkowo grał na skrzypcach. Wbrew woli ojca zamienił je na gitarę. Wielkie dzięki mu za to! Wypracował on nowatorskie podejście do gry na jednym z najstarszych instrumentów muzycznych. Już w wieku 13 lat występował przed paryską publicznością. Współpracował z takim sławami jak Louis Armstrong, Edith Piaf czy Duek Ellington. Urodził się w Belgii, ale większość życia spędził wraz z żoną w taborze cygańskim odwiedzając sale koncertowe. Niestety pewnej nocy roku 1928, gdy Django wrócił z koncertu, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Muzyk słysząc grasującą po przyczepie mysz, zapalił świecę w celu zidentyfikowania i przepędzenia szkodnika. Świeczka niefortunnie wymsknęła mu się z rąk, spadając na sztuczne kwiaty wykonane z łatwopalnej celulozy. Przyczepa w mgnieniu oka stanęła w płomieniach. Django odniósł ciężkie poparzenia. Stracił władanie nad dwoma palcami u lewej ręki. Jego dalsza kariera stanęła pod znakiem zapytania. Nie złożył jednak broni. Wypracował swój własny, charakterystyczny styl, tuszując swojąc ułomność. W późniejszym okresie założył jazzowy zespół Quintette Du Hot Club De France, w którym grywał na gitarze. Zmarł 16 maja 1953 roku w Fontainebleau, we Francji.




Zwierzenia:
„Pewnego zimowego wieczoru, zamatulony pod kołdrą, oglądam film „Czekolada” z Johnnym Deppem w rolach głównych. W domu film wszyscy zachwalali. Mi jakoś nie przypadł do gustu. Może byłem zbyt głupi, żeby go zrozumieć. Nie pałałem też nadmierną sympatią do tego aktora. W owym czasie inny Johnn był moim faworytem. Ten wyrywał gardła, odcinał głowy, potrafił zniszczyć  całą armię używając do tego jednego magazynka. A krew tryskała jak w najlepszych horrorach. Oczywiście mowa o Rambo z Sylvestrem Stallone w roli tytułowej. Ale wracając do "Czekolady". Jak już wspomniałem, film mnie nie porwał. Pamiętam jak dziś, obudziłem się tuż przed jego zakończeniem. Depp wypił filiżankę gorącej czekolady i… po chwili słyszę piękną melodie (nie wiedziałem, że jest to „Minorr Swing” Reinhardta). Nie było to jednak nic nadzwyczajnego. Melodia jak każda inna. Niemniej jednak po kilku tygodniach byłem w stanie ją zanucić. Chodziła za mną jeszcze kilka dni. Postanowiłem sprawdzić, co to za utwór. Nie było to tak proste, jak jest to w chwili obecnej. Internet dostępny był tylko w kawiarence internetowej. Misja ta nie należała również do najtańszych.  A i strony internetowe nie zawierały tak ogromnej ilości informacji jak teraz. Niestety operacja zakończyła się fiaskiem. Autora „Minor Swing” poznałem dopiero w liceum. Przesłuchując jakiejś składanki „King of the Delta Blues” natknąłem się właśnie na Django i ten utwór. Całość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Ale to dwie inne kompozycje totalnie zwaliły mnie z nóg. Pierwsza z nich to „Echoes of Spain” z przepięknym motywem przewodnim. Natomiast druga to „Honeysuckle Rose” - wersja koncertowa nagrana wraz z Dukem Ellingtonem. Znacznie młodsza kompozycja, dzięki której zacząłem słuchać jazzu. Reinhardt to magik, cyrkowiec, niewątpliwie jeden z najwybitniejszych gitarzystów wszech czasów. Żyjąc tylko 43 lata na stałe wpisał się w historię jazzu, będąc jedną z jego najważniejszych ikon. Wywarł również przemożny wpływ na późniejszych, wielkich gitarzystów.”

Ulubione utwory:
„Echoes of Spain”
„Honeysuckle Rose”
„Minor Swing”
“Swing Guitars”
“Vendredi”

Ulubione covery:
Belleruche - "Minnor Swing"

(motyw "Bogowie sześciu strun" poświęcony sylwetce Django Reinhardta prezentowany był w audycji "Zwierzenia rockmana" 12.06.2011)

piątek, 24 czerwca 2011

Bogowie sześciu strun cz. 1 – „Zespół Marfana”


ROBERT JOHNSON

Muzyka, którą tworzył spowodowała, że okrzyknięto go mianem króla gitary bluesowej. Święcił triumfy w latach 30-tych zeszłego wieku, pozostawiając nam 29 kompozycji. Jego mentorem był Son House, który jednak nie pokładał w nim wielkich nadziei. Był przeciętnym grajkiem. Metamorfoza jaką przeszedł była zaskoczeniem dla wszystkich. Legenda głosi, że Johnson miał sprzedać swoją duszę diabłu. Potwierdzeniem tego miały być słowa piosenki „Me and the Devil Blues” i oczywiście jego nagła eksplozja talentu. Do grania na gitarze akustycznej wykorzystywał techniki flażoletu i bottleneck. Magazyn Rolling Stone w 2003 r. umieścił Johnsona na 5 miejscu w rankingu „The 100 Greatest Guitarists Of All Time”! Jak wielu twierdzi chorował na zespół Marfana. Chorobę której objawem (jednym z wielu) są długie i nadmiernie wyginające się we wszystkie strony palce. Umożliwiło to Johnsonowi sprawniejsze poruszanie się po gryfie. Jak twierdzą świadkowie, Robert Johnson nagrywał utwory siedząc przodem do ściany. Dlaczego akurat w ten sposób? Jedni uważają, że nie chciał po prostu, żeby ktoś podejrzał jego triki. Inni z kolei, tłumaczą to zjawisko, jako celowe zamierzenie, mające przynieść lepszą akustykę.


Zwierzenia:
"Pierwszy raz usłyszałem Johnsona, kiedy miałem dwanaście, może trzynaście lat. Nigdy wcześniej nie słuchałem bluesa w jego czystej postaci. Muzyka ta była przenikliwie smutna, okropnie przygnębiająca i odrapanie ponura. Ja byłem wtedy zbuntowanym nastolatkiem. Ostre gitarowe granie to było to, czego potrzebowałem. Jego nazwisko niewiele mi mówiło. Bluesa bardziej kojarzyłem z osobą Chucka Berrego i jego hitem „Johnny B. Good” (odsłuchanym tysiące razy z kasety magnetofonowej). Nie mniej jednak pierwszym utworem Johnsona, z jakim się zapoznałem był niezwykle melodyjny „They’re red hot”. W żadnym innym utworze Roberta nie słychać takiej radość z gry, jak właśnie w przywołanej kompozycji. Nie były to zwykłe, ogniskowe akordy. To było coś nadzywczajnego. Pomyślałem sobie – ten koleś bawi się gitarą jak dzieciak i sprawia mu to niesamowitą frajdę. Jednakże, długo zadawałem sobie pytanie, czy to jeszcze muzyka bluesowa? Czy blues może być naszpikowany tak pozytywną energią? Z innymi piosenkami Johnsona było już zupełnie inaczej. To typowy, pierwotny blusior - niełatwy w odbiorze. Było to trudniejsze zadanie niż przebicie się przez gąszcz skomplikowanych partii gitarowych Franka Zappy czy progresywnych połamańców Roberta Frippa. Potrzebowałem naprawdę długich godzin, żeby przekonać się do jego twórczości. Zrozumieć jego muzykę. Okiełznać wszystkie dźwięki. Dodatkowym smaczkiem była cała otoczka związana z jego osobą. Większość informacji o nim pochodziła z opowiadań i domysłów, co czyniło Johnsona postacią niebywale enigmatyczną i ezoteryczną. Było to niezwykle interesujące. ”

Ulubione utwory:
„Preaching Blues”
„They’re red hot”

Ulubione covery:
Led Zeppelin - “Traveling Riverside Blues”
Eric Clapton “Cross Road Blues”
John Mayall “Ramblin’ On My Mind”
RHCP “They’re red hot”

(motyw "Bogowie sześciu strun" poświęcony sylwetce Roberta Johnsona prezentowany był w audycji "Zwierzenia rockmana" 5.06.2011)

niedziela, 19 czerwca 2011

Zachęcam do komentowania rankingu „Najlepsze albumy pierwszej połowy 2011 - TOP"

Zachęcam do komentowania rankingu „Najlepsze albumy pierwszej połowy 2011”. Jak każdy ranking tak i ten zapewne jest subiektywną opinią autora :) Niemniej jednak mam nadzieję, że w przygotowanym zestawieniu każdy znajdzie coś dla siebie. Komentarze mogą być anonimowe ;) Ranking poniżej :)


Zapraszam do słuchania audycji specjalnej !!! Zwierzenia rockmana - niedziela 20:00-22:00. Tylko w Radiu Aktywnym - wystarczy wejść na stronę i po Waszej prawicy jest "Słuchaj RA" (obok loga fb i YT, czasami się  nie wyświetla - polecam wtedy F5)  

Black Country Communion – II
Phideaux – Snowtorch
Joe Bonamassa – Dust Bowl
Tides From Nebula – Earthshine
Archive - Live in Athens
Brian Robertson - Diamonds And Dirt
Foo Fighters – Wasting Lights
Pushking – The world as we love it
Beautiful Beast - Adult Oriented Candy
Blue Stahli - Takedown
Within Temptation - The Unforgiving  
Pendragon – Passion
Black Label Society - The Song Remains Not The Same (unplugged)
Black Stone Cherry – Between the Devil and the Deep Sea
Adele – 21
Arctic Monkeys - Suck It And See
Whocares – Out of my mind
Ulver – Wars of the roses
Obscure Sphinx - Anaesthetic Inhalation Ritual
Blackfield – Welcome to my D.N.A.
Mr. Big – What If…
King Crimson Project - A Scarcity of Miracles
PJ Harvey – Let England Shake
Whitesnake – Forevermore
Moving Mountains – Waves
Piotr Rogucki – Loki-wizja dźwięku
Times Of Grace – The Hymn of a Broken Man
Myslovitz –Nieważne jak wysoko jesteśmy…
Kat i Roman Kostrzewski – Biało-czarna
Fleet Foxes – Helplessness Blues

sobota, 18 czerwca 2011

„Zwierzenia rockmana” - audycja spod znaku rocka i alternatywy


                                        Niedziela
                                                 Godzina 20.00
                 Tylko w Radiu Aktywnym



O audycji

Audycja skierowana jest przede wszystkim do fanów muzyki rockowej i około rockowej. Od klasycznego rocka, poprzez hardrockowe i progresywne brzmienia, po alternatywę, blues rock, poezję śpiewaną, pop-rock, grunge i cięższe brzmienia :) A w podróż, po świecie muzycznej ekstazy oprowadzał Was będzie Damian Ciura.