poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Back to school, back to rock… czyli wracam po krótkiej przerwie

Dziwne historie krążyły po mieście. Niektórzy myśleli, że już nie żyje. A może wyjechałem na Wyspy Dziewicze… i już stamtąd nie wrócę? A bo nie można mnie zastać pod Norwida 8, bo nie odbieram telefonów, a to nie robię wpisów na blogu, no i wreszcie nie odpowiadam na wiadomości pozostawione na GG i fb-u. A tu guzik prawda :) Okres wakacyjny, podróże i wir innych spraw spowodował, że nie mogłem zasiąść przed monitorem, aby sklecić kilku sensownych zdań. Z powodu pozostawienia telefonu w domu również nie odpowiadałem na przychodzące wiadomości. A w domu bywałem, kiedy  było trzeba. Niemniej jednak powracam. Na jak długo? Nie mam pojęcia. Jednak jedno jest pewne, mam dla Was kilka ciekawych propozycji płytowych. Ciut starych, odkurzonych płyt ze strychu, parę winyli z ciemnej piwnicy oraz kapkę cieplutkich jak świeże bułeczki nowości wydawniczych. Ale po kolei … :)

Jakiej płyty najczęściej słuchałem tego lata?

Słuchałem ich całe mnóstwo. Jakich najczęściej? Było ich kilka… katowałem je non stop, parę nawet aż do zdarcia. Muzyka bardzo zróżnicowana od ciężkich heavy metalowych czy hard rockowych brzmień po folk i muzykę egzotyczną. W tak piękną pogodę słucha się raczej muzyki miłej dla ucha. Też tak było i w tym (moim) przypadku.

Scorpions - Sting In The Tail – legendarny zespół, świetna muzyka na wakacje, no 1 w moim odtwarzaczu
Godsmack – Oracle – solidna dawka rockowo-metalowej energii; 
Thin Lizzy - Black Rose - A Rock Legend - piękny album, klasyka hard rocka;
Funkadelic - Maggot Brain – trochę psychodelicznych klimatów, Eddie Hazel na gitarze; 
Pavlos Sidiropoulos – Flou – … Pavlos udowadnia, że grecki rock może być ciekawy;
La Ley - Historias e Histeria – the best of zespołu z Chile;
La Oreja de Van Gogh - Lo que te conte mientras te hacias la dormida – pop-rock from Spain;

Judy Collins - In My Life – prawdziwa perełka, staroć z roku 1966! niebanalne piosenki i aranżacja klasyków;
Electic Litany - How To Be A Child & Win The War  – o nim już pisałem na blogu;
Izrael - Biada Biada Biada – polskie reggae, polski klasyk;
Andrzej Garczarek – Szabadabada – życiowe teksty, piękne melodie, poezja śpiewana (jak kto woli autorska);
Gary Moore (wszystkie albumy) – tego Pana słucham zawsze i wszędzie, dla mnie był-jest-i będzie bogiem sześciu strun;
Roberto Carlos - San Remo 1968 – idealna nuta na rodzinne przyjęcia pod chmurką;
Vader – Welcome… - wyjątkowo jazgotliwy krążek, „niebiańsko” dobre wydawnictwo.

… i jeszcze wiele, wiele innych, ale to może innym razem ;)


Dulce María Espinoza Saviñón

Co mnie zaskoczyło pozytywnie tego lata? Hmm… pogoda. Tam gdzie byłem zawsze świeciło słońce. Chyba tylko jeden tydzień był paskudny (ale to trochę z mojej winy). Ale nie chwalę dnia przed zachodem słońca… bo jeszcze mam ponad miesiąc wakacji :) A jak było z muzyką?

Uwiodła mnie pewna piękna kobieta… a zowie się Dulce María. To meksykańska aktorka, autorka tesktów i piosenkarka. Jej album plasuje się w kategorii pop, latino music. Nie ma nic wspólnego z muzyką rockową. Niemniej jednak słucha się go rewelacyjnie. Mowa tu o płycie Extranjera [2010-11]. Ta został podzielona na dwie części, pierwsza Primera Parte wydana została w 2010 r. ,A Segunda Parte (zdecydowanie lepsza niż krążek no.1) w czerwcu tego roku. Przyrównałbym go do najlepszej zbieraniny piosenek z hiszpańskojęzycznych telenowel. Po zresztą sama Dulce jest etatową aktorką owych tasiemców. Mnie to jednak nie rusza. Muzyka może i nie tak ambitna jak płyty King Crimson czy Krzysztofa Komedy. Ale co z tego? Czy ktoś leżąc do góry brzuchem chce zagłębiać się w muzyczne połamańce? Kołysząc się w hamaku i popijając lemoniadę nie wynalazłem przyjemniejszej muzyki na lato 2011 :) Są to energiczne latynoskie rytmy, jak i piękne miłosne ballady. To album typowo wakacyjny, o czym świadczyć może zamieszczenie na nim kompozycji „Vacaciones”. Tylko mnie nie zlinczujcie. Choć wielu chciałoby abym stał teraz pod pręgierzem. Tfuuu… tzn. wisiał na nim, to ja i tak będę bronił latynoski. Czego nie robi się dla kobiet? ;)

Co mnie zaskoczyło in minus?

Jeśli chodzi o muzykę, to nie przeżyłem większego rozczarowania. Te przyszły jeszcze przed wakacjami.

Odnośnie nowości wydawniczych?

Zaskoczył mnie nowy album Vadera – Welcome to the Morbid Reich! Oj tak, tak. Wiedziałem, że Peter nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Kiedy wszyscy ich skreślali, oni powrócili… i to w jakim stylu. Śmiem twierdzić, ze to najlepszy album od czasów rewelacyjnego Revelation a może i legendarnego Litany. Death metal pełną gębą. To co wyprawia Paweł Jaroszewicz to klasa światowa! (szkoda, że po nagraniu materialu opuścił zespół). Peter świetnie uzupełniany przez Harry’ego Maata. Naszym receptorom słuchu nie umkną również finezyjne solówki Marka Pająka. Oczywiście ktoś może powiedzieć, ze to krok wstecz. Zgoda! Trudno bowiem nazwać poprzednie albumy za arcydzieła. Były to produkcje albo eksperymentalne (bardzo plastikowe) albo odchodzące bardziej w stronę thrash metalu. „Welcome” to czysty death. Niewątpliwie powrót do korzeni. Nie ma tu słabych momentów. Płyta kopie tyłek! Jestem fanem zespołu z Olsztyna od wielu lat, dlatego trudno mi o pełny obiektywizm. Jednakże w moim odczuciu, jeśli produkcja pod okiem braci Wiesławskich nie zaskoczy fanów ciężkiego grania, to na pewno nie rozczaruje. Oczywiście najbardziej znany utwór z tej płyty to singlowy „Come And See My Sacrifice” (promujący album). Ale na niespełna 40 min krążku (nie licząc bonusów) zarejestrowano jeszcze kilka innych, niezwykle ciekawych utworów – miażdżący „Only Hell Knows”, odświeżony „Decapitated Saints”, przebojowy „Lord of Thorns”, przesiąknięty twórczością Slayera „The Black Eye”, czy wreszcie majestatyczny „I Am Who Feasts Upon Your Soul”. Naprawdę konkretnych riffów tu nie brakuje.

Ciekawe zapowiedzi ?

Już 20 września nastąpi premiera najnowszego albumu Opeth zatytułowanego „Heritage". Zatem powoli możemy odliczać. Na płytę czekam z utęsknieniem. W Internecie od ponad miesiąc zamieszczono nowy utwór z tejże płyty - "The Devil's Orchard". Jeśli całość materiału będzie taka jak ów utwór, to będzie najdziwniejszy album w historii szwedzkiego zespołu. Dlaczego? Zupełne odejście od ciężkiego łojenia i pójście w stronę muzyki progresywnej lat 70! Nie od dziś wiadomo, że lider zespołu Mikael Akerfeldt kocha muzykę tamtych lat (też ją ubóstwiam). W "The Devil's Orchard" wyraźnie słychać wpływ takich zespołów jak Soft Machine, Yes czy wczesnego Genesis i King Crimson. Czy to dobrze? Wydaje mi się, że gitarowe pogmatwańce jakimi niegdyś raczył nas Frank Zappa czy później Robert Fripp, zniechęcą szczególnie młody elektorat zespołu. Bowiem przecież Opeth najbardziej znany jest z piorunujących przyspieszeń, mroku, niedopodrobienia riffów i solówek oraz balladowych wokaliz Mikael’a przeplatanych nietuzinkowym growlem. Ci którzy słuchali „Morningrise”, „Deliverance” czy „Blackwater Park” wiedzą o czym mowa. Prawdopodobnie tego tutaj zabraknie Ale…obym się mylił. Zresztą nawet gdyby, nie oznacza to, że album będzie zły. Pamiętam jak czekałem w 2003 r. na "Damnation"– ten album mnie nie rozczarował, ale zaskoczył. Oczywiście pozytywnie. Tak czy siak, nie liczę na muzykę, jaką raczyli nas panowie na pierwszych płytach. Nie zapominajmy jeszcze o superprojekcie Mikaela i Stevena Wilsona (Porcupine Tree) – Storm Corrosion (robocza nazwa). Panowie napisali już materiał na debiut, czeka ich „tylko” nagrywanie etc. etc. Płyty możemy się spodziewać na początku przyszłego roku.


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Travellers - „A Journey Into The Sun Within” [2011]

 Rock progresywny poznałem 15 lat temu, zakochując się w dźwiękach gitary Mario Millo (Sebastian Hardie) i Andy’ego Latimera (Camel). Później przyszły fascynacje muzyką neoprogresywną. Poznawałem wiele zespołów z tego gatunku, poczynając od IQ, Pallas, Pendragon, Marillion, Quasadar, po Abel Ganz i Jadis. Brakowało mi jednak dobrego, polskiego przedstawiciela w tej branży. Aż w końcu, usłyszałem „Living in the moonlight” zespołu Collage. Długo nie mogłem uwierzyć, że to band z Polski. Potem przyszedł czas na kolejne muzyczne projekty Wojtka Szapkowskiego (ex-Collage). Do gustu najbardziej przypadł mi Believe i Satellite. Ale do rzeczy moi Drodzy. Wojtek to prawdziwy podróżnik, wędrowiec bez przystani. Zapraszając Grzegorza Laczkowskiego, kolegę z dawnych lat. Martę „Robin” Kiniewską (Strawberry Fields – poprzedni projekt Szapkowskiego.) i Krzysztofa Palczewskiego powołał do życia Travellersów. Dzięki współpracy powstał album „A Journey Into The Sun Within”. 

Pierwsze dźwięki to bardzo wierne odwzorowanie melodii z pozytywki, przeplatane delikatnymi wstawkami gitarowymi. Nad wyraz refleksyjny początek! Jednak na pierwszy plan wysuwa się głos Marty Kniewskiej. Dopiero daleko, daleko w oddali, słyszymy łagodne i obłędne dźwięki gitary. Z kolei całość spajają niebywale nastrojowe klawisze i elektroniczne smaczki. Słychać również fascynacje muzyką etniczną. Nawet Tribe after Tribe (zespół o południowo-afrykańskim rodowodzie) nie powstydziłby się tak rytualnego klimatu. Z kolei brzmienie gitary Grześka, jakby przeniesione z „The Sky Moves Sideways” (Porcupine Tree), robi piorunujące wrażenie. W rzeczywistości druga część piosenki jest podobna do utworu tytułowego, kultowego krążka Stevena Wilsona i spółki. Jak możemy się przekonać, twórczość Anglików nie jest im obca. Oczywiście o plagiacie nie ma mowy. Muzycznie ten ponad 11-sto minutowy kolos brzmi rewelacyjnie. Instrumenty dudnią jak zaczarowane, atakując nas całą paletą brzmień i spontaniczności. W końcu magiczny tytuł zobowiązuje. Natomiast wokal Robin brzmi bardzo poprawnie. Nie jestem wielbicielem jej głosu, ale w tym utworze może się podobać. Niekiedy jej szepty ocierają się o manierę wokalną Dolores O’Riordan czy Enyi. Naturalnie to nie ten poziom umiejętności wokalnych. Mimo to, początek wygląda bardzo obiecująco.
Kolejna kompozycja to balladowy „Letters To God”. Laczkowski po raz kolejny serwuje nam malownicze partie gitary, jakże dobrze znane fanom zespołu Collage. Rzewny i ambitny tekst pasuje do oprawy muzycznej. Utwór sam w sobie prezentuje się dobrze. Mnie jednak nie porwał. Czegoś tu brak, albo czegoś tu za dużo. Zbyt nudnawa linia melodyczna? Zbyt dużo elektroniki? Brak ekspresji w głosie Robin? Po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Pomimo tego na wyróżnienie zasługują interesujące melodeklamacje wokalistki.
Co do kolejnego utworu „Dreaming” mam mocno ambiwalentne uczucia. Kilkuminutowe dzieło Travellersów momentami oczarowuje słuchacza, a raz chłosta go pokrzywą. Urzekające wejście gitary Grześka poprzedza lekko irytujący i trochę miałki śpiew Marty. W moim odczuciu zdecydowanie za mało fellingu wokalnego. Niestety taki poziom wokalny pozostaje utrzymany do końca albumu. Śmiało można stwierdzić, że magiczne zaklęcie rzucone na początku albumu z czasem przestaje działać. 


Zaśpiewany jakby z przymusu „I Dream Softly”, nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia. Piosenkę ratują ciekawe zagrywki Szapkowskiego i Laczkowskiego. Z kolei tekst do kolejnej piosenki „I See The Light”, podobno powstał na przystanku autobusowym. Aż trudno w to uwierzyć, bo ten wyjątkowo przypadł mi do gustu. Być może dlatego, że uwielbiam latać? Utwór opowiada o świecie, w którym człowiek może unieść się w powietrze! Ech, marzenia odłóżmy na bok. Mimo optymistycznego tekstu całość brzmi trochę nijak. Niektórzy zapewne powiedzą, że wieje nudą na kilometr. Tymczasem apologeci Robin niechybnie doszukają się wyrafinowanej finezji wokalnej. W moim odczuciu jest to wokalistka śpiewająca tylko poprawnie. Warto napomknąć, że sam utwór budzi skojarzenia z zespołem Magenta. Jednakże Marta nie kopiuje Christiny Booth. Słychać tu również echa twórczości Mike’a Oldfielda.
            Całość zamyka najdłuższy na płycie i chyba najbardziej naszpikowany elektroniką „The Sun”. Udany, progresywny połamaniec. Wypełniony niebanalnymi popisami instrumentalistów. Mnogość dźwięków miażdży Loopy bębnów brzmią fantastycznie. Zdecydowanie wraz z „Magic” najjaśniejszy punkt i atrakcja turystyczna zaprezentowana przez Travellersów. Jednak, co do wokalu pozostanę niewzruszony i nie zmienię zdania.


           Reasumując, jeśli ktoś nastawił się na gitarowe szaleństwo i popisy wokalne rodem z płyt Collage, zapewne będzie rozczarowany. Na tym albumie nie ma ani porywających improwizacji gitarowych, ani chwytliwych melodii. To kawał dobrej muzyki, ale nic ponadto. Jest to muzyka spokojna, wyważona, bardzo zachowawcza. Tylko niekiedy muzycy porywają się na odrobinę wariactwa. Album jest bardzo nierówny. Być może momentami wyjątkowy, zmysłowy i optymistyczny, przy którym śmiało można kontemplować. Niemniej jednak są momenty, które odrzucają słuchacza. Szczególnie niezajmujący wokal Marty.
Z tą płytą jest jak z kobietą. Dziś mnie fascynuje a jutro nie chce mi się jej słuchać. Jest jak wino w kartonie. Opakowanie odrzuca, ale smakowo nie różni się od tego w butelce. Czego najbardziej mi brak? Chyba tego gustownego opakowania. W tym przypadku rasowego wokalu na światowym poziomie. Tak poważny mankament skutkuje, że jest to jedynie dobre wydawnictwo. Zatem jak wyjaśnić apoteozę tego albumu? Osoba Wojtka i jego przeszłość, budzi niewątpliwie szacunek wśród znawców i słuchaczy muzyki rockowej. „A Journey Into The Sun Within” sygnowany jego nazwiskiem nie może zostać zbrukany, opluty i stłamszony. Osobiście szanuję osobę Wojtka Szadkowskiego, ale tą płytą mnie „nie kupił”. Ubóstwiam jego dokonania z czasów Collage. Bardzo lubię płyty Believe i Satellite, czy też ciekawy „Days” (Peter Pan). Jednak moje receptory słuchu, niezbyt przychylnie reagują na wokal Pani Marty. Zazdroszczę tym, którzy ją ubóstwiają. Dla jej zwolenników ten album rzeczywiście może być wyjątkowy. Dla mnie, tylko przeciętny.

Ocena: 6,5/10

Recenzję można również przeczytać w serwisie rockmagazyn.pl
http://www.rockmagazyn.pl/recenzja/447,travellers-a-journey-into-the-sun-within.htm

Muzyczne odkrycia cz. 1

Zespół: Electric Litany
Album: How To Be A Child & Win The War [2010]
Kraj: Grecja (w rzeczywistości jest to projekt wielonarodowy)
Gatunek: post rock, melancholic, experimental
Wydawca: Inner Ear Records
Oficjalna strona zespołu: www.electriclitany.com

Skład zespołu:

Alexandros Miaris - vocals, guitars, piano, synths
Richard Simic - drums, percussion, cretan lute
Duane Petrovich - bass
Benjamin Prince - synths, piano




Zwierzenia: Nowatorskie podejście do gatunku. Ciekawe aranżacje. Płyta niezwykle tajemnicza i melancholijna. Działająca odprężająco. Balladowy nastrój, przełamywany niekiedy brudnym i hałaśliwym dudnieniem perkusji idealnie współgra z czystym wokalem. Miód na uszy! Świetna propozycja na bezsenne noce. Mnie szczególnie urzekły trzy kompozycje: „Tears”, „A dream worth dreaming” i wieńczący płytę „February”.

Ocena: 9/10